niedziela, 14 kwietnia 2013

To ja tak oficjalnie zawieszam bloga. I tak już zrezygnowałam z pisania. Trudno, nie będę artystką.

 

Nie ma za co.

18:31, birdofpassage
Link Komentarze (1) »
piątek, 29 marca 2013

...bo podobno z tego się wyrasta. Z odrealnienia. Z myślenia o śmierci, o Wszechświecie, o wieczności i o apokalipsie. Tak twierdzi moja mama. A im nachalniej namawia mnie do wyrośnięcia, tym bardziej marzę o tym, żeby kupić sobie domek w lesie i w spokoju dziwaczeć.

Ostatnio na przykład wytknęła mi, że nie potrafię rozmawiać na takie normalne tematy. Na przykład o jedzeniu. Tyle że co mnie, do cholery, obchodzi jedzenie? Może jeszcze powinnam opowiadać, jak moja babcia, ile razy dziennie sikam? Taaak, to takie frapujące.

Ale ja wolę wykorzystywać mój umysł do czegoś więcej. Nie chcesz ze mną rozmawiać o wieczności, okej, ale nie oczekuj, że ja poświęcę mój cenny czas na jakieś durnoty. Wolę rozmyślać o ważnych rzeczach. Bo tak naprawdę to jest jedyne, co człowiek może zrobić dla Wszechświata. Obserwować i odczuwać. Jesteśmy jedynymi istotami, które mogą docenić jego zimne, monumentalne piękno. Więc wolę żyć świadomie, ogarniając swoim umysłem wszystkie te nieskończoności, które nas otaczają, zamiast iść pewnie, w ciepłym i wygodnym kokonie ciemnoty z mięsnego do spożywczaka.

Zarzuca mi się też, że jestem odrealniona. Ale dlaczego mam nie być, skoro moje własne życie jest tak mało ważne w porównaniu z innymi kwestiami?

Wszyscy jesteśmy częścią wielkiego dramatu, choć mało kto potrafi go dostrzec. Gdzieś między sklepem obuwniczym a obiadem w McDonaldzie upada nasze człowieczeństwo. Tak, jesteśmy malutcy i nieznaczący, chcąc nie chcąc musimy poświęcać czas, żeby zaspokoić nasze potrzeby, ale really, nie stać nas na nic więcej? Przecież jak na dłoni widać, co się dzieje. Wzrastająca w tempie geometrycznym konsumpcja, jednoczesne niszczenie przyrody i nieodnawianie wykorzystanych zasobów wkrótce sprawią, że nasz malutki światek upadnie, każdy jeden maleńki ludzki światek, choć przecież czujemy się całkowicie bezpieczni, jedynie przeraźliwie znudzeni. A wtedy będziemy opłakiwać i poetyzować te czasy, w których obecnie żyjemy, a które wtedy będą utraconym rajem. I wtedy każdy jeden mały człowieczek otworzy szeroko zdumione oczy, a jego szczęka opadnie nisko jak stan Skarbu Państwa, i powie: "Niemożliwe!". I już nic więcej nie zdąży powiedzieć.

 

 

 

18:56, birdofpassage
Link Komentarze (1) »
środa, 13 marca 2013

No cóż, inni w czasie wolnym spotykają się z przyjaciółmi, uprawiają sporty, albo, jak w przypadku moich kolegów z klasy, kombinują, skąd by tu wziąć zioło na najbliższą imprezę. Ja natomiast nie bardzo mam pomysł na mój wolny czas, więc poświęcam go na takie rzeczy, o.

Btw., pamiętajcie, żeby nigdy się nie brać za układanie puzzli, które mają dużo wolnego miejsca w tym samym kolorze, a na dodatek są błyszczące. Pół miesiąca układałam Indiankę i krajobraz, miesiąc ten [tu pada kilka niecenzuralnych epitetów] niebieski kawałek na górze.

wtorek, 05 marca 2013

Witajcie, Drodzy Czytelnicy albo raczej Drogi Pamiętniczku (gdyż mój blog zapewne ma tylu czytelników, ile miał mój pamiętniczek).

Pomaganie jest działaniem dla cudzej korzyści. Tak bym to ujęła, gdybym musiała na polskim napisać definicję słownikową. Ale zaraz pojawia się pytanie- czy tylko dla cudzej korzyści? Jestem pewna, że tak naprawdę każde działanie, jakie podejmujemy, jest dla naszej korzyści, czy to dla poprawienia naszego samopoczucia, czy dla spokoju sumienia... pomagamy, kierowani chęcią usłyszenia podziękowań lub poczucia się lepiej. Chociaż myślę, że i bez tego pomagalibyśmy sobie nawzajem, w końcu zwierzęta także to robią, a przecież raczej sobie nie dziękują. A może czują się potem lepiej? Jednak myślę, że to kwestia odruchu.

Ja sama mam z tym pewien problem. Ostatnio usłyszałam rozmowę moich koleżanek na ten temat (nie przytaczam dosłownie, bo nie pamiętam):

-Pomagam, bo dzięki temu czuję się szczęśliwsza.

-Ja też. Chciałabym pomóc jak największej ilości ludzi, to cel mojego życia.

No nie, ja nie mam takich odczuć. Jeśli pomagam, to z konieczności, "bo tak trzeba", w gruncie rzeczy denerwuje mnie ten nakaz. Może to zabrzmieć bezwzględnie, ale myślałam dotychczas, że wszyscy tak mają; że to gadanie, jak wspaniałą rzeczą jest wzajemne pomaganie, to taka historyjka, pomagająca (znowu to słowo!) przeżyć społeczeństwu. Tymczasem nie, ludzi naprawdę to cieszy. Choć może dlatego nie lubię pomagać innym, że w ogólności nie lubię ludzi? Zwierzęciu na pewno bym pomogła, gdyby było w potrzebie. Człowiekowi oczywiście też, ale nie instynktownie, tylko z wyżej wymienionych powodów.

Pomaganie jest w sumie też ładnym wytłumaczeniem problemu z sensem życia. Żyjesz po to, żeby pomagać, koniec rozważań. Ja nie umiem tego tak zostawić, ale zazdroszczę ludziom, którzy umieją. Robią to, co ich cieszy, i czują się przez to spełnieni. To byłoby takie łatwe. 

Taka postawa jest też uzasadniona naukowo. W "Geografii szczęścia" (btw., bardzo ciekawa i zabawna książka, polecam) przeczytałam, że według badań najszczęśliwsi są ludzie, których praca polega na pomaganiu, np. wszelkiej maści wolontariusze, pielęgniarki, pracownicy opieki społecznej. Chociaż tutaj też można polemizować- szczęście było tam mierzone bardzo zawodną metodą, "Podaj w skali od 1 do 10, jak szczęśliwy jesteś". Wiadomo, że pielęgniarka, która na co dzień spotyka się z ludźmi nieuleczalnie chorymi, okrutnie potraktowanymi przez los, uzna, że jest bardziej szczęśliwa, gdyż dalej sięga jej skala. Ale to tylko taka mała, poboczna polemika.

Razem wziąwszy, pomagamy i pomagać będziemy, ponieważ mamy milion trzysta powodów. I tutaj rodzi się pytanie- skąd w takim razie znieczulica społeczna? Co sprawia, że bidny ulotkodawca nie może dziś spokojnie ulotek rozdawać, bo nikt nie bierze?

Cóż, powód trudno podać, ale chyba każdy kiedyś odmówił pomocy bez powodu, od tak, bo miał gorszy dzień (nawet jeśli chodziło o ulotkę), i wie, jakie to uczucie. Wygodnictwo, ot co. Korzyści psychiczne mogą sobie być, ale czas to pinionc, a tym bardziej pinionc to pinionc. A ulotki to wstrętne marnotrawstwo papieru i powinny być zakazane, bo powodują straty moralne. Jak weźmiesz, to cię serce boli z powodu biednego drzewa, a jak nie weźmiesz, z powodu biednego studenta, i można się poważnych chorób tego pożytecznego organu nabawić, a nie wiadomo, czy komuś będzie się chciało pomóc.

20:09, birdofpassage
Link Komentarze (1) »
niedziela, 24 lutego 2013

Poniższe rozważania popełniłam, zainspirowana stwierdzeniem taty "Ważne, żeby umieć odróżnić muzykę od jej wykonawcy". W ten sposób tłumaczy stoicki spokój wobec faktu, iż muzycy to tak naprawdę też ludzie, który mną, choć to śmieszne, wstrząsnął. Bo jak to, ktoś kto tworzy coś tak wspaniałego, ma być zwykłym śmiertelnikiem, takim jak ja czy Wy?

Przyjrzyjmy się bliżej powyższemu stwierdzeniu. Czy oznacza ono, że muzyka jest czymś innym niż jej wykonawca?  Nie jest, tak jak zawsze sądziłam, zwykłą projekcją jego uczuć w formie dźwięków? Przyznaję, zawsze wydawało mi się to niezbyt uzasadnione, bowiem człowiek, w całej swojej istocie, jest zwyczajny i kierują nim jedynie instynkty. Natomiast muzyka jest czymś więcej, zdaje się wyobrażać sprawy zupełnie inne od naszych ziemskich doświadczeń.

Na to stwierdzenie jest tylko jedna odpowiedź, niezbyt prawdopodobna, nawet dla tak odrealnionego umysłu jak mój, lecz jakże prosta i piękna. Muzyka istnieje niezależnie. Gdzieś (nie powiem, że w innym wymiarze, bo przecież wymiary przenikają się ze sobą), istnieje Świat Muzyki. Człowiek jest tylko medium, przez które przepływają z niego informacje, zwłaszcza gdy przeżywa silne emocje; w muzyce opisuje jego wygląd i charakter, którego nie da się przecież opisać w słowach, gdyż jest zbyt inny. Teoria ta wydaje mi się szczególnie przyjemna, gdyż przeczy wiecznemu niespełnieniu, do którego niby już dawno przywykłam, ale wciąż mnie zasmuca i zniechęca. Chodzi mi o to, że nawet jeśli przeżywam to wszystko, co daje mi muzyka, wciąż nie rozumiem i wiem, że nie zrozumiem- nie znajdę się w miejscach, o których opowiada. Cały ten mistycyzm jest tylko ułudą, iluzją, którą ludzie przekazują sobie nawzajem, ale która nigdy naprawdę nie zaistnieje.

Tymczasem jeśli przyjmę, że rzeczywiście oznacza coś więcej niż przypadkową harmonię dźwięków, mogę nadal mieć nadzieję na to, że kiedyś rzeczywiście znajdę się w muzyce, i opuszczę na zawsze tą ograniczającą codzienność i szarość. A nawet jeżeli nie da się tam przenieść, będę spokojna, że wszystkie moje przeżycia mają jakiś sens, i nawet moja tęsknota, choć tak bolesna, jest realna.

Jak wspaniale byłoby w to uwierzyć.

 

 

Miałam zamiar do najbliższej notki zarzucić coś od Azam Ali czy Sheili Chandry, ale tutaj jednak najlepiej się wpasuje stare, dobre DCD.


 

 

wtorek, 12 lutego 2013

Chciałabym się uzewnętrznić w sprawie obecnej ostatnio w mediach. Mianowicie w sprawie rytualnego uboju zwierząt.

Za zalegalizowaniem przemawiają głównie pieniądze (bo one są najważniejsze w życiu, jakżeby inaczej, żadna tam empatia nie ma znaczenia). Obrońcy argumentują także, że wiele innych państw tak robi, oraz w ten sposób utworzy się nowe stanowiska pracy.

Zastanowiłam się nad tymi argumentami i wpadłam na lepszy pomysł. Mianowicie zalegalizujmy karę śmierci. Przyniesie to dokładnie te same korzyści. Przede wszystkim nie będzie trzeba płacić za utrzymanie przez x lat więźniów skazanych na dożywocie. Poza tym, wiele innych państw tak robi. W ten sposób utworzy się też nowe stanowiska pracy, dla katów! W skali całego państwa to może być nawet 1000 stanowisk! Może też powstać specjalny kierunek studiów, na którym będą także potrzebni wykładowcy, ktoś będzie musiał stworzył podręczniki itd. Bądźmy też tolerancyjni, coby nikt nas rasistami nie nazwał- pozwólmy innym nacjom na wykonywanie kary według ich religii, czyli np. kamienowanie. Skoro okazało się, iż humanitaryzm nie ma obecnie żadnego znaczenia, nie bardzo widzę kontrargumenty.

Jak nigdy za rasistkę się nie uważałam, tak teraz życzę Żydom, żeby się udławili tym swoim koszernym mięsem.

11:23, birdofpassage
Link Komentarze (2) »
sobota, 02 lutego 2013

Co ja właściwie potrafię? Potrafię tylko gapić się godzinami w komputer. Wmawiałam sobie, że mam silną psychikę. No owszem, silną do sprintów poza granie wytrzymałości albo do bólu. Ale żeby zerwać z nałogiem? Nie, tego już nie potrafię.

Codziennie wieczorem kładę się do łóżka z kacem moralnym. A jedynym ratunkiem jest myśl, że jutro będzie lepiej.

Nie jest lepiej.

Najgorzej jest wieczorem. Kiedy już nie mogę odwrócić biegu zdarzeń. A zwłaszcza wtedy, gdy jestem w tak cholernie złym nastroju, że nie chce mi się popracować, nie chce mi się nawet zwinąć w kłębek i płakać, warczeć albo przeklinać. I kiedy już oczy bolą i kiedy uświadamiam sobie, jak cholernie bezużyteczna jestem. 

Zazdroszczę tym, którzy mają dużo pracy. Przynajmniej nie mają czasu się zastanawiać. A ja? Nudzi mi się. Nawet nie czytam ostatnio. I tylko siedzę przed komputerem. Kurwa. Nie zadziałało.

Nawet pisać mi się nie chce. Robię to dlatego, bo chcę chociaż jakoś wykorzystać tę beznadzieję. Chociaż pozornie. Bo też co innego mam zrobić? Nic mi się nie chce, a najbardziej odpoczywać. Żyć mi się nie chce, zabić się też mi się nie chce. Angstować mi się nie chce.

I nawet nie mam żadnego zwierzaka.

19:48, birdofpassage
Link Komentarze (7) »
niedziela, 27 stycznia 2013

Kto zgadnie, czyj to jest portret? Nie, to nie Śmierć.

18:41, birdofpassage
Link Komentarze (6) »
sobota, 05 stycznia 2013

Depresja jest jak czarna głębia oceanu. Nie tylko podobnie przeraża, ale też patrząc na beztroskich, czuję się, jakbym widziała ich gdzieś daleko w górze. Nie dociera do mnie odgłos ich śmiechu ani światło ich słońca. Jak morskie stworzenia, które patrzą na kołyszący się na falach statek wycieczkowy. Niby go widzą, niby są blisko, ale jednocześnie zupełnie gdzie indziej, w innym, mrocznym i smutnym świecie.

Jest też podobnie przerażająca. Bez dna. Można tonąć bardziej i bardziej, a nadal nie widać końca. Przytłacza swoim ciężarem. Zawsze bałam się głębokiej wody, czy dlatego tak dla mnie wygląda?

Zabawne jest jeszcze jedno podobieństwo- ci, którzy ani razu się w niej nie zanurzyli, boją się bardziej od tych, którzy już znają jej głębię.

Pewna dziewczyna powiedziała ostatnio, że bałaby się chodzić ubrana na czarno cały czas. Śmieszne, nie? Kolor, czym jest kolor, jakie w sobie kryje niebezpieczeństwo? Czy boi się, że pociągnie ją w otchłań? Cóż, nie wiedziała, że jeden ze słuchaczy patrzy na nią właśnie stamtąd, z tej otchłani. Wiesz, tu nie jest tak źle. Tylko nie wiem, czy to zniesiesz.

I czy raz zanurkowawszy, będziesz chciała opuścić ocean?

Ja na pewno nie chcę. Będę unosić się w zimnie i patrzeć, jak ostatnie promienie światła znikają w czarnej głębinie.


22:11, birdofpassage
Link Komentarze (4) »
piątek, 21 grudnia 2012

Mam wiele marzeń, jak każdy. Część to zwykłe błahostki, część jest zwykła i przewidywalna. Niekiedy jedno wyklucza drugie. Ale mimo wszystko chciałabym opisać te najważniejsze.

Chciałabym być nieśmiertelna. Nie umrzemy, dopóki ktoś o nas pamięta, prawda? Tak więc marzę o tym, żeby mnie zapamiętano. Nie chcę popularności, chociaż w rozsądnych dawkach mogłaby być przyjemna. Ale nie mogę znieść myśli o tym, że dosięgnie mnie nicość... Niektórzy mają nieśmiertelność tak ot, instant. Na przykład królowie. Chyba każdy wie, że kiedyś tam w początkach chrześcijaństwa istniał Karol Wielki. Ja jeszcze pamiętam, że lubił pływanie, jazdę konną i kobiety, tak więc część jego charakteru także została zachowana. Albo Alfonso el Sabio- historia zapamiętała go dlatego, że napisał zbiór ok. 500 pięknych pieśni, "Cantigas de Sancta Maria". Za jego czasów muzyka nie była traktowana zbyt poważnie, ale to dzięki niej przetrwał. I tego ja także pragnę. Zrobić coś, co przetrwa. Inaczej już za jakieś 100 lat będę nicością. Nie będę ważna dla nikogo. Więc po co się w ogóle urodziłam?

I druga rzecz. Chciałabym zrobić w życiu coś więcej, niż zwykłą ścieżkę. Nie podoba mi się machina, w którą wszyscy zostaliśmy wtłoczeni. Szkoła, kariera, dzieci, śmierć. Ewentualnie w nieco innej kolejności. Nie, nie chcę być kolejnym produktem z palety nr 1998. Chcę, żeby moje życie było moje, indywidualne i niezależne. Na razie muszę przestrzegać tego kodeksu. Ale już niedługo. Mam nadzieję...

I jeszcze jedno, może trochę głupie. Chciałabym znaleźć kogoś, kto byłby moją... pokrewną duszą. Jak Brendan dla Lissy; no, może nawet bardziej, bo mimo tego porozumienia Oni są jedynie przyjaciółmi. Ale, mimo wszystko, chciałabym mieć kogoś, kto myślałby tak samo; kto mógłby mnie zaakceptować nie mimo tych wszystkich moich kontrowersyjnych cech- spokój, wycofanie, wieczna powaga, zapatrzenie w przeszłość- ale także przez nie. Krótko mówiąc, kogoś, kto by mnie zrozumiał we wszystkich aspektach. To chyba nawet mniej prawdopodobne niż poprzednie dwa punkty... ale kto wie? Może... gdzieś...

Na pewno nie chcę być jedną z Was. Może nie zwracam się w tej chwili do wszystkich (chociaż i tak nie mogę się zwracać do mniej niż 0 czytelników...), ale namnożyło się tych blogów; co chwila na jakiś trafiam. Zgorzkniałych, sarkastycznych, nielubiących swojego życia ludzi 40+, którzy właśnie rozliczają się ze swojej pierwszej szansy. Nie chcę, żeby u mnie też wyszło, że właściwie nie zrobiłam nic ważnego. Że ją straciłam. Że mogę już tylko żartować z ponurej nudy, żeby nie oszaleć.

Najtrudniejszy jest pomysł. Nigdy nie byłam kreatywna; nie mam pojęcia, kiedy cały świat uwierzył w coś zupełnie odwrotnego.



16:26, birdofpassage
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6